Sycylia i Włochy kontynentalne samochodem – ferie zimowe 29.01 – 12.02.2023

Dzień pierwszy – 29.01.2023 (Niedziela)

Po śniadaniu ok. godz. 9.30 wyruszamy, jak zwykle mocno obładowani na naszą wielką sycylijską wyprawę pod hasłem: Sycylia i Włochy kontynentalne samochodem. Dobrze, że tym razem mamy już duże auto (Ford Turneo CUstom), więc mimo zabrania nawet całego sprzętu narciarskiego do szusowania na Etnie, i tak zostaje jeszcze sporo miejsca na przywiezienie co nieco nowych rzeczy do naszego sklepiku Mercatino – tutto italiano:)

Dotankowujemy się na ostatniej stacji benzynowej w Polsce i jedziemy bez przerwy przez Czechy, zatrzymując się dopiero w Austrii po winietę autostradową. Po minięciu Wiednia zatrzymujemy się na pierwszy dłuższy postój w restauracji Oldtimer. Miejsce polecane szczególnie gdy podróżujemy z dziećmi, gdyż jest tam wielki plac zabaw z dwoma tyrolkami oraz nietypową atrakcją w postaci zjeżdżalni do łazienek w piwnicy. Co więcej jest tam zbudowana scena ze ślubu ptaszków w lesie, są śpiewy i gadające drzewo😊 A jakby ktoś poróżował z czworonogiem to przed wejściem znajdzie darmową miską z karmą i wodę.

Następny obowiązkowy przystanek to już Italia i pierwszy Autogrill, gdzie można napić się upragnionego pierwszego włoskiego espresso oraz zjeść bardzo dobrą ciepłą przekąskę.

Teraz już tylko niecała godzinka drogi do naszej ulubionej agroturystyki we Friuli, czyli Albafiority w Latisanie koło Udine. Miejsce ma tą zaletę, że zjeżdża się do niego prosto z autostrady, jest bardzo urokliwe, otoczone winnicami właściciela oraz oferuje wysoki standard pokojów. Tu czeka na nas już przygotowany cieplutki apartament, bo temperatura nie rozpieszcza – w nocy mróz. Oczywiście nie może też zabraknąć schłodzonego Prosecco, produkowanego przez Albafioritę, które po tak długiej podróży jest jak regenerujący nektar😊 Rozmowy z dziećmi toczą się niemal do północy i kładziemy się w pachnącej, świeżej pościeli, zadowoleni i ciekawi następnego dnia, w którym to mamy dotrzeć do Livorno na prom i odbyć naszą najdłuższą morką podróż aż do Palermo na Sycylii…

Dzień drugi – 30.01.2023 (Poniedziałek)

Po śniadaniu w apartamencie oraz pysznej kawie w agroturystyce, wyruszamy do Bolonii na krótkie zwiedzanie by potem wyruszyć do portu Livorno w Toskanii, gdzie o 18.30 wypływamy „Pałacem Zeusa”. W Bolonii udaje nam się jedynie zobaczyć fontannę Neptuna i  główny plac „Piazza Maggiore”, a także zjeść lunch w postaci oczywiście klasycznego tagliatelle bolognese, tortelloni z szałwią oraz z szynką i śmietaną. Sceneria bardzo piękna, tuż obok katedry, która jest drugą co do wielkości w Europie – niestety jest zamknięta i nie możemy wejść do środka. To miasto na pewno wymaga powrotu i spędzenia w nim dwóch pełnych dni, żeby spokojnie poznać jego zabytki oraz oczywiście w moim przypadku odwiedzić słynne muzeum Ducati.

Jest godzina 15.00 kiedy wyjeżdżamy z Bolonii, Pierwotnie mieliśmy zboczyć z autostrady na nasze ulubione boczne drogi ale doczytujemy, że na promie trzeb być autem 2h przed odpłynięciem a my mamy do portu ponad 2 godziny drogi najszybszą trasą. Nawet nie zdążyliśmy wstąpić do sklepu spożywczego po jakieś małe zakupy na kolację w kajucie. Na miejscu okazało się, że nie ma dużej kolejki i szybko ustawiamy się na miejscu parkingowym na promie. Jak się potem okazało to ostatnie samochody wjeżdżały nawet pół godziny przed odpłynięciem, więc w sumie niepotrzebnie tak się spieszyliśmy. Udajemy się na górne piętra promu, gdzie zlokalizowane są kabiny sypialne. Szybko rozpakowujemy się w naszej kabinie nr 5007 a potem wychodzimy na górny pokład aby obserwować wyjście z portu. Prom jest dość duży, ok. 220 m długości i 25 m szerokości, do tego lądowisko dla helikopterów oraz centrum rekreacyjne na letnią porę w postaci basenu, jaccuzi, leżaków i zewnętrznego baru.

Jest dość zimno na dłuższe przebywanie na zewnątrz, więc udajemy się na małą kolację do wewnętrznego baru. Pogoda jest dość wietrzna i fale spore, więc promem lekko kołysze, co przeżywa mocno nasza córka. Po kolacji gramy w kabinie w grę planszową Catan i udajemy się do łóżek. W kabinie są dwa łóżka piętrowe, łazienka z prysznicem oraz okno wychodzące bezpośrednio na morze. Niestety w nocy morze jest jeszcze bardziej wzburzone i dość mocno kołysze, spienione bałwany morskie szurają pod pokładem, przez co córka z żoną nie mogą spać ze strachu niemal przez całą noc, a wymarzony wypoczynek na promie kończy się finalnie sporym stresem. No cóż okazuje się, ze ten rodzaj podróżowania nie jest odpowiedni dla każdego i trzeba to wziąć pod uwagę. Chociaż może za drugim razem będzie lepiej. Najważniejsze, że nikt z nas  nie miał choroby morskiej😊

Dzień trzeci – 31.01.2023 (Wtorek)

Wczesnym rankiem o świcie, kiedy morze stało się bardziej spokojne i nie takie straszne jak w nocy, wszyscy się odstresowali i odsypiali nieprzespaną noc niemal do 10.00. Spotkała nas tez bardzo niemiła niespodzianka, gdyż mimo braku zasięgu na promie i sporym pakiecie internetu w telefonach, otrzymaliśmy rano smsy z rachunkami po 300 zł na trzech telefonach. Nie wyłączaliśmy transmisji danych będą w Unii. Okazało się po rozmowie z Playem, że złapał nas jakiś nadajnik satelitarny spoza UE☹  Na promie mamy wykupiony obiad 3-daniowy z deserem dla dwóch osób, który jak się okazuje jest serwowany w restauracji, gdzie jesteśmy jedynymi gośćmi😊 Jedzenia jest tak dużo, że w czwórkę (z dziećmi) pojedliśmy do syta. Po obiedzie wychodzimy na pokład górny i obserwujemy dobijanie promu do wyspy.

W pierwotnym planie mieliśmy zwiedzić Palermo ale z racji tego, że dość wcześnie robi się ciemno o tej porze roku, zdecydowaliśmy się od razu jechać na naturalne gorące źródła koło Segesty, słynącej generalnie z ruin jednej z najpiękniejszych greckich świątyń na wyspie. Gorące źródła segestane to magiczne miejsce, w środku łąk, w skalnej grocie. Niełatwo się tam dostać, trzeba się nawet w bród przeprawić przez rzekę. Podchodzimy do źródła, z daleko słychać głośne rozmowy i ku naszemu zdziwieniu okazuje się, że to Polacy! O tej porze roku, w takim miejscu to rzecz niezwykła, ale okazuje się, że jeden z nich to lokalny mieszkaniec. Przy okazji okazuje się, że jest tu jeszcze inna droga dojazdowa, dzięki której nie trzeba przechodzić przez rzekę. Jadę zatem na to miejsce a Ania z dziećmi zostają jeszcze w gorącej wodzie.

Zrobiło się już ciemno, księżyc świeci w pełni dokładnie nad głowami, jest tylko kilka osób, wrażenia są po prostu obłędne. Okazało się, że parking do którego pokierował mnie Polak – Sycylijczyk jest na łące w wielkim błocie. Specjalnie staję w miejscu, które jest stosunkowo twarde i dłuższą drogą idę po rodzinę. Wracamy zadowoleni do auta i próbujemy wyjechać a tu niespodzianka – przednie koła busa całkowicie się zakopują i oblepiają błotem. Jesteśmy uwięzieni w całkowitej ciemności na pustkowiu. Próbujemy podkładać coś pod koła, pchać, podkopywać saperką i nic. Po około 30 minutach widzimy w oddali  światła samochodu jadącego w naszą stronę. Ania zatrzymuje gościa i prosi o pomoc, w tym samym momencie niespodziewanie z drugiej strony podjeżdża kolejne auto i panowie zamieniają między sobą kilka zdań. Okazuje się, że ten drugi ma linkę holowniczą i malutkim autkiem osobowym próbuje nas wyciągnąć. Przy pierwszej próbie linka pęka, ale robimy drugie podejście i niemal cudem udaje się wyjechać. Pełni wdzięczności dajemy Włochom po zgrzewce Tyskiego😊 Teraz już prosta droga do niedalekiej Marsali, starego miasta portowego, słynącego z produkcji specyficznego wina o tej samej nazwie i oczywiście z rodziny Florio, której losy zostały opisane szczegółowo w najnowszym bestsellerze Stefani Auci „Sycylijskie Lwy”. Udajemy się do apartamentu w samym centrum miasta, który wynajęliśmy przez Booking za śmieszną cenę 150 zł na 4 osoby. Okazuje się, że mamy zamknięty parking a mimo opinii, że jest zimno, bardzo szybko mieszkanie nagrzewa się klimatyzatorem. Na jedną noc idealne rozwiązanie. Apartament znajduje się tuż obok potężnej winiarni za murami innego znanego rodu, słynącego z produkcji marsali – Pellegrino. Po rozpakowaniu, mimo późnej pory (22.00) udajemy się na nocne zwiedzanie miasta w poszukiwaniu pizzerii. Zaletą zwiedzania o tej porze roku jest całkowity brak turystów, natomiast wadą to, że wszystko jest zamknięte i ciężko znaleźć jakikolwiek bar a do marketu po coś na kolację też nie zdążyliśmy. Miasto jest bardzo ciekawe, to połączenie średniowiecznych zabytków z nowoczesnością oraz obskurnymi kamienicami. Spotykamy w końcu grupkę ludzi i pytamy czy jest otwarta jakaś pizzeria. Kierują nas do ukrytej wśród okolicznych uliczek restauracji „Pappalardo” w której oczywiście jesteśmy jedynymi gośćmi. Obsługuje nas sam, bardzo sympatyczny właściciel. Zamawiamy 2 pizze i butelkę wspaniałego białego wina (Sauvignon z Traminerem), które jest jak regenerujący balsam po dniu pełnym wrażeń. Pizza jest zupełnie niezwykła, bo na grubszym cieście i bardzo chrupiąca. Ku naszemu zdziwieniu okazuje się, że jest ona robiona w 100% z semoli, czyli mąki do makaronu i chleba. Zazwyczaj wszyscy używają tu typu 00 lub mieszanki 00 pół na pół z semolą. Wszystko jest bardzo dobre, lokal swojsko urządzony, właściciel bardzo miły. Przy okazji jak dowiedział się, że na drugi dzień wybieramy się do Palermo to polecił nam koniecznie odwiedzić bajkowe miasteczko Parrini, które zostało zrobione w stylu mikroskopijnej Barcelony, z elementami architektury Gaudiego. Dziękujemy za wszystko i udajemy się w końcu na nocleg.

Dzień czwarty – 01.02.2023 (Środa) Z samego rana po szybkim włoskim śniadaniu na słodko udajemy się do winnicy Alagna w Marsali, która od 70-ciu lat produkuje wino marsala ale nie tylko, bo mają szeroką ofertę win białych, czerwonych oraz deserowych. Ciekawostką są ziołowe wermuty (biały i czerwony) oraz certyfikowane wina mszalne. Zostajemy bardzo miło przyjęci a degustacja odbywa się w towarzystwie słonych i słodkich przekąsek. Naszym przewodnikiem po winiarni i winach jest syn aktualnego właściciela – Antonio Alagna. Wina nam smakują a dodatkową zaletą jest doskonały stosunek jakości do bardzo rozsądnej ceny.

Po degustacji udajemy się do niezwykłego miejsca w Marsali, mianowicie do kantyny Florio, która już od samego wjazdu robi piorunujące wrażenie. To ogromna, ekskluzywna posesja otoczona murami z widokiem prosto na oddalone o kilkadziesiąt metrów morze. To niezwykłe uczucie czytać dopiero co książkę „Sycylijskie lwy” a potem dotknąć opisywanego miejsca i historii. Na miejscu jest ekskluzywny sklep z marsalą najwyższej jakości. Niestety okazuje się, że firma została sprzedana wielkiemu koncernowi, który ma siedzibę w Mediolanie i tam załatwia się współpracę biznesową.

Następny punkt programu do nadmorska Sciacca, gdzie udajemy się na lody oraz delektujemy pięknymi widokami i roślinnością. Przy okazji trafiamy na specyficzne święto, gdzie ludzie pielgrzymują ulicami boso do bazyliki Chiesa Madonna Del Soccorso.

Korzystając z pięknej słonecznej pogody i temperatury 16 stopni, udajemy się na pobliską piaszczystą plażę pappale beach, gdzie zażywamy orzeźwiającej o tej porze roku kąpieli w Morzu Śródziemnym.

Ostatni przystanek na dzisiaj to Riebera – miasto pomarańczy, gdzie udajemy się do sadu z biologicznymi cytrusami. Tutaj naszym celem jest zakup bardzo nietypowych i rzadko spotykanych pomarańczy waniliowych, ale przy okazji okazuje się, że właściciel Pan Francesco uprawia również nieznaną odmianę brazylijską, którą gdy spróbował nasz 8 letni syn – określił najlepszą pomarańczą na świecie. Pan Francesco ma w ofercie jeszcze klementynki, cytryny i grejpfruty więc jest spora szansa na regularną współpracę. Robimy sporo zdjęć w sadzie, zrywamy sami owoce, tymczasem robi się coraz chłodniej i zaczyna się zmierzch.

Udajemy się więc na nocleg do Mazzara del Vallo, do domu o wdzięcznej nazwie Fiori e Colori. W środku jest ładnie ale koszmarnie zimno, widocznie nikogo tu dawno nie było. Grzejemy klimatyzatorem na 30 stopni, ale i tak po 3 godzinach szału nie ma. Zjadamy kolację w pokoju, pijemy marsalę z Alagna i po gorącym prysznicu z masażami i radiem w środku udajemy się na do łóżek.

Dzień piąty – 02.02.2023 (czwartek) Po śniadaniu udajemy się na poranną degustację do naszej ulubionej winnicy sycylijskiej Gorghi Tondi – właściwie tutaj zaczęła się 6 lat temu nasza przygoda z sycylijskim biologicznym winem. Miejsce jest niezwykle urokliwe z jednej strony, bo położone w sercu naturalnego rezerwatu przyrody WWF, z drugiej zaś winnica jest już duża (ok. 120 ha) co pozwala jej na dostarczanie szerokiej oferty jakościowych win w różnych poziomach cenowych oraz na ciągły rozwój. Tym razem degustujemy nowości: wino różowe delikatnie musujące Babbio Rosso ze szczepu Nero D’Avola, wino białe Maremeo będące kupażem Sauvignon Blanc i Traminera oraz czerwone wytrawne Spassoso – kupaż Nero D’Avola, Perricone i Syrah, produkowane z podsuszanych winogron, charakteryzujące się delikatnie wyczuwalną słodyczą cukru resztkowego. Wszystkie wina jak zwykle zachwycają najwyższą jakością, bogactwem naturalnych aromatów i smaków. Pochodzących z niezwykłego jak na winnicę terroir, z jednej strony morze, z drugiej jeziora rezerwatu przyrody a z trzeciej wiejący 24h na dobę wiatr, osuszający grona i chroniący przed chorobami. Wszystkie wina z tej winnicy są produkowane ekologicznie a 95% z nich posiada oficjalny certyfikat BIO.

Po degustacji i zakupie kilku kartonów nowych win wyruszamy na starożytną nadmorką drogę w kierunku Trapani, pełną salin, które produkują sól morską, zabytkowych wiatraków oraz różowych flamingów. Miejsce przepiękne i naturalne, zachwycające oczy a do tego widok na oddaloną Marsalę.

Po tej urokliwej wycieczce udajemy się do poleconego w pizzerii pappale w Marsali, malutkiego miasteczka Parrini, będącego swego rodzaju mikro Barceloną. Miasteczko zamieszkuje ok. 40 stałych mieszkańców, znajdziemy tu kolorowe domy, zdobienia elewacji z tłuczonego szkła i ceramiki a nawet krętą ławeczkę niczym wprost z parku Gaudiego w Barcelonie. Dodatkową atrakcją jest zwiedzanie 3 zabytkowych domów i kościółka, które są w pełni urządzone jak za dawnych czasów a do tego po wyjściu na górne piętra mamy przepiękny widok na dachy domów oraz otaczające wzgórza. Miasteczko wciąż się odradza i restauruje, czynny był tylko jeden mały bar i sklepik z pamiątkami.

Dalej wyruszamy do pobliskiego Partinico, słynącego z produkcji cytryn, gdzie odwiedzamy naszego producenta cytryn i spotykamy się w sadzie cytrynowym z właścicielką Ritą. Tutaj dowiadujemy się więcej o cytrynach odmiany Feminello Siciliano, które w zasadzie są dostępne przez cały rok, najpierw jako zielona wersja verdello a potem klasycznie żółte. Cytryny te są oczywiście 100% biologiczne i dostępne w naszej stałej ofercie. Pytamy też o pojawiające się po jakimś czasie przechowywania zielonkawe plamki i okazuje się, że jest to zjawisko naturalne i w żadnym stopniu nie wpływa na jakość i smak cytryny. Pani Rita ma dużego psa znajdę, który zaprzyjaźnia się z naszym synkiem i nie odstępuje go na krok. Na koniec otrzymujemy w prezencie pełną siatkę pomarańczy zerwanych prosto z sadu.

Po tej miłej wizycie jedziemy do Corleone, ale wkrótce na trasie zapada zmrok. Co więcej nagle w środku pustkowia na wąskiej drodze napotykamy znak zakaz wjazdu i informację, że droga jest uszkodzona. Nie mając wyjścia łamiemy ten zakaz i potem okazuje się, że mamy naprawdę ekstremalną trasę, nie tylko z uwagi na dziury ale też na pourywaną drogę nad przepaściami. W jednym punkcie w zasadzie przejeżdżamy na centymetry koło urwiska. W końcu udaje nam się dojechać do sławnego Corleone, choć niestety okazuje się, ze nic tu de facto ciekawego nie ma. Ze starego Corleone z czasów opisywanych przez Mario Puzo praktycznie nic nie zostało, a film Ojciec Chrzestny kręcony był w Savocca koło Messyny. Dodatkowo jesteśmy zniesmaczeni pizzą al taglio, która zostaje odgrzana w mikrofalówce. Niesmak rekompensuje dopiero pyszne arancino z innego baru.

Zmęczeni jedziemy już prosto do Sant Agata Li Battiati koło Katanii, do mojej kuzynki Bożeny, gdzie mamy spędzić kilka najbliższych dni. Docieramy przed północą ale mimo zmęczenia i tak nie obeszło się bez butelki dobrego wina i rodzinnych rozmów, tym bardziej, że do Bożeny przyjechał brat Bogdan z Turynu, z którym nie widzieliśmy się długie lata.

Dzień szósty – 03.02.2023 (piątek) Rano po śniadaniu udajemy się do naszego dostawcy biologicznych pomarańczy czerwonych odmiany Tarocco. Przy okazji odkrywamy, że produkuje on również pyszne soki mandarynkowe oraz właśnie z czerwonych pomarańczy, które chcemy wkrótce wprowadzić do naszej oferty. Ustalamy też, że będzie dla nas kompletował palety z sycylijskimi towarami i zbiorczo wysyłał do naszej platformy na północy Włoch. Wracamy na obiad do Bożeny a potem jedziemy na wycieczkę do średniowiecznej Enny na szczycie góry, po drodze odbierając naszą najlepszą sycylijską kawę Kili. W Ennie chodzimy po ruinach średniowiecznego zamku i oglądamy piękną panoramę z góry aż robi się ciemno. Na koniec coś słodkiego i Aperol Sprtiz w kawiarni Caffe Roma.

. Późnym wieczorem wracamy na nocleg do Sant Agata Li Battiati, choć jak zwykle nie obyło się bez wina i rozmów do późna. W końcu z moją rodziną sycylijską widujemy się raz na kilka lat. Dzieci mają tu dużo dobrej zabawy, gdyż u Bożeny pojawił się młody piesek, mieszaniec Beagle, który nie daje im spokoju😊

Dzień siódmy – 04.02.2023 (sobota)

Tego dnia przypada święto świętej Agaty – patronki Katanii. Pierwotnie mamy ochotę się tam wybrać i to zobaczyć na żywo ale Bożena nam odradza z racji na ogromne tłumy ludzi. Oglądamy to później w telewizji i faktycznie jest to coś nieprawdopodobnego. Całe miasto jest sparaliżowane, tysiące ludzi na ulicach, i procesja po Katanii z ogromną platformą na której niesiony jest sarkofag św. Agaty z relikwiami oraz biskupi i księża. W nocy wszystko kończy się sztucznymi ogniami. Oczywiście wszędzie pełno kolorowych kramów ze słodyczami i przekąskami.

My ten dzień spędzamy na Etnie, która jest cała zaśnieżona w wyższych partiach. Najpierw jedziemy zrealizować mój prezent urodzinowy od żony w postaci wycieczki skuterem śnieżnym po zboczach Etny. Po drodze podjeżdżamy pod producenta serów sycylijskich Zappala. To jest duża firma, ale wciąż w rodzinnych rękach, jest to taki produkt o bardzo rozsądnym stosunku ceny do jakości.

Przejażdżka skuterem śnieżnym w takiej scenerii to  niesamowite przeżycie, jadę z grupą 3 skuterów przez leśne dróżki z postojami w pięknych miejscach widokowych. Właściciel jest na tyle miły, że w międzyczasie przewozi skuterem nasze dzieci. Doodatkowo po rozmowie z Anią w miedzyczasie, pan od skuterów poleca nam małego rodzinnego producenta serów Alcantara w położonym na Etnie Castiglione di Sicilia. Kolejnym punktem programu miała być jazda na nartach, które wieziemy z Polski, w ośrodku narciarskim na Etnie Nord. Niestety okazuje się, że akurat wszystkie wyciągi są zamknięte z uwagi na zbyt małą ilość śniegu, choć to dziwne bo jak dla nas to śniegu jest ogrom. Jest wietrznie ale świeci słońce i temperatura jest dodatnia. Spacerujemy, robimy zdjęcia, jedną z atrakcji jest ogromna czerwona ławka na zastygłej lawie z której można podziwiać piękne widoki.

Pełni wrażeń zimowych i po pozbyciu się kombinezonów narciarskich zjeżdżamy w dół do średniowiecznego Castiglione di Sicilia. Miasteczko jest niesamowite i oczywiście puste o tej porze roku, zresztą większość domów jest w ruinie i opuszczona. To smutne, bo miejsce jest naprawdę piękne i zabytkowe. Idziemy na przekąskę do jedynego otwartego baru w mieście a po drodze spotykamy galopującego po ulicach na koniu gościa w adidasach, kóry jak się okazuje również podjechał do baru na kawę, parkując konia przed wejściem😊 Tutaj próbujemy sycylijskiego deseru cassata siciliana oraz nasączonej alkoholem il baba. Nie możemy też odmówić sobie zimnego aperolka, tutaj nie trzeba się przejmować i po takim lekkim drinku można spokojnie dalej jechać autem. Na koniec idziemy do poleconego producenta serów – to malutka serowania w remontowanym budynku i malutki sklepik, który jest zamknięty. Jednak w środku widać jakieś światło więc pukamy do drzwi i otwiera nam starszy Pan. Degustujemy kilka serów i kupujemy sobie na drogę. Jakość jest rzemieślnicza i może to być dobre zastępstwo dla Casearia Mantegna z gór Madonie, która niestety nie może się podnieść po pożarze 2 lata temu, w którym wszystko spłonęło, łącznie ze zwierzętami☹

Jak zwykle późnym wieczorem wracamy do Bożeny i jak zwykle pijemy wino, jemy wspaniałą włoską kolację i rozmawiamy do późnej nocy…Ah to la dolce vita😊

Dzień ósmy – 05.02.2023 (niedziela)

To bardzo przyjemny i ciekawy dzień. Najpierw z samego rana jadę na lotnisko Fontanarosa do Katanii odebrać teścia Jurka, który postanowił przylecieć i wracać z nami przez całe Włochy naszym busem. Było to możliwe z uwagi na 1 dodatkowe wolne miejsce. Odbiór z lotniska odbywa się bardzo sprawnie, przyjeżdżamy do Bożeny, powitanie, śniadanie a potem wspólny wyjazd z Bożeną do kościoła Madonna della Sciara, gdzie znajduje się podziemna krypta Matki Bożej, która ocalała pomimo schodzącej tędy niszczycielskiej lawy. Historia tego niezwykłego miejsca jest następująca:„Niedaleko od Nicolosi (około 1 km) znajduje się Sanktuarium Madonny della Sciara, w rejonie Mompilieri w rejonie Mascalucia, które według różnych historyków sięga czasów sprzed XIV wieku. W tym miejscu już w tamtych czasach znajdował się starożytny kościół. Już wtedy wielu pielgrzymów przybywało tam z całego świata. Niszczycielska erupcja z 1669 roku, która trwała 4 miesiące i dotarła do Katanii, całkowicie zniszczyła Mompilieri i 8 innych zamieszkałych ośrodków, w tym przede wszystkim Nicolosi, gdzie powstało kilka wybuchowych kominów wulkanicznych (obecne Monti Rossi). Ludność wsi Mompilieri, łudząc się, że położona nieco na północ góra o tej samej nazwie może pełnić rolę tarczy i chronić miasto, nie miała czasu na uratowanie wszystkich walorów artystycznych i religijnych Sanktuarium oraz wszystkiego, co zatonęło w bezlitosnym zniszczeniu pod ponad 10-metrową warstwą rozżarzonej lawy, która wkrótce zamienia się w twardy bazalt. Desperackie próby znalezienia czegoś nienaruszonego okazały się daremne. Inicjatywę przejęła sama Matka Boża, która objawiła się „pobożnej kobiecie”, wskazując jej miejsce, w którym należy kopać w celu odnalezienia jej podobizny. 18 sierpnia 1704 r., 35 lat po straszliwej erupcji lawy, po przewierceniu „sciary” prostopadle na ponad 10 metrów, poszukiwacze znaleźli podobiznę Madonny delle Grazie, a lawa ułożyła wokół wizerunku Madonny, nie niszcząc go. Tuż obok miejsca, w którym figura została odnaleziona, wzniesiono mały kościółek, aby pomieścić rzesze pielgrzymów, którzy zaczęli napływać do tego świętego miejsca z całego świata. Od tego czasu Dziewica Maryja jest czczona pod tytułem „della Sciara”, ponieważ jej wizerunek został w cudowny sposób uchroniony przed zniszczeniem przez „sciara” (lawę z Etny). Dzisiejsze sanktuarium ma prostą fasadę z opaskowym portalem wejściowym z białego kamienia, zwieńczonym prostokątnym kamiennym oknem. Dach nakryty jest sklepieniami kolebkowymi. Wnętrze posiada jedną nawę podłużną z absydą. W 1923 r., uznając szczególną więź, jaka istnieje między „Tajemnicą Mompilieri” a niespokojnym ale i pełnym nadziei i wytrwałości życiem mieszkańców okolic Etny, oraz zauważając napływ tłumów wiernych z całego świata, miejsce to zostało podniesione do rangi Sanktuarium. Od dnia swojego cudownego odkrycia Madonna delle Grazie z Mompilieri (później zwana Madonną della Sciara) jest obiektem kultu wiernych, którzy co roku gromadzą się, aby ją celebrować. Istnieje wiele pielgrzymek organizowanych z całej Sycylii i spoza niej do tego świętego miejsca. Sanktuarium znajduje się w niezrównanym otoczeniu przyrody, które stanowi prawdziwą oazę spokoju, idealną do medytacji i ciszy.”

Na mszy na kazaniu rozmawiamy przez chwilę szeptem i w tym momencie ksiądz przerywa kazanie i mierzy nas złowrogim wzrokiem i dalej siedzimy już do końca cichutko😊 Po mszy chodzimy chwilę po okolicznych kamieniach lawowych a następnie jedziemy na jedną z naszych ulubionych plaż – rezerwat przyrody Isolla Bella pod Taorminą, gdzie oprócz krystalicznego morza z bogatą fauną, znajduje się mała wysepka z   z piękną posiadłością o ciekawej historii: Isola Bella była w prywatnych rękach aż do 1990 r., kiedy ostatni właściciel z powodu bankructwa wystawił ją na aukcję. Wówczas pieniądze na jej zakup wyłożył region Sycylii i dzisiaj jest ona jego własnością, udostępniana za opłatą dla turystów. W dawnych czasach właścicielką wyspy była Lady Florence Trevelyan, kuzynka królowej Wiktorii, która w 1884 roku przybyła do Taorminy i po 6 – ciu latach nabyła to piękne miejsce, budując kamienny dom, otoczony ogrodem z przepiękną śródziemnomorską roślinnością, gdzie z czasem osiedliło się ptactwo i różne gatunki jaszczurek. Dziś Isola Bella jest również oficjalnym, naturalnym rezerwatem przyrody. Oczywiście nie mogę sobie odmówić przyjemności krótkiej kąpieli w morzu śródziemnym w tym miejscu.

Kolejny punkt programu to wyjazd na pobliską górę (powyżej komercyjnej Taorminy) do naszego ulubionego miasteczka Castelmola, znajdującego się na samym szczycie góry nad ogromną przepaścią, przez wielu określanego jako najpiękniejsze miasteczko Sycylii.  Miasteczko jest malutkie i całe z kamienia, z wąskimi uliczkami,  kilkoma barami i miejscami noclegowymi. Można tam naprawdę przenieść się w czasie a widok z góry na morze, Isola Bella i okoliczne góry jest oszałamiający. Co więcej nie ma tu prawie w ogóle turystów. W miejscu tym znajduje się na centralnym placyku, obok zabytkowego  kościoła, urokliwa pizzeria Ciccino, której właściciel wychodzi do klientów i gra włoskie piosenki na gitarze. Niestety o tej porze roku jest zamknięta. Udajemy się zatem do baru Turrisi, który serwuje dobrą kuchnię ale również słynie z wystroju, w którym na każdym możliwym miejscu znajdują się ozdoby w kształcie penisa. Siadamy w przytulnej salce, na ścianach której są malowidła z kamasutry. Zamawiamy pastę marinara, bruschette, parmigianę oraz dla dzieci zwykłe frytki😊 Po posiłku udajemy się do baru Antico Caffe San Giorgio, przy wyjściu z miasta, który ma wielkie okna z pięknymi widokami. Odwiedzamy też zaułek, w którym znajduje się mały hotel, w kórym kiedyś spędziliśmy 1 noc, siedząc ciepłym wieczorem na małym balkoniku tuż nad skalnym urwiskiem, z widokiem na morze, popijając schłodzone białe wino. To hotel Villa Regina – naprawdę warto się tu zatrzymać.

Wracamy wieczorem do Sant Agata Li Battiati, po drodze zamawiając dwie metrowe pizze sycylijskie na kolację, na którą mają przybyć syn Bożeny Riccardo z żoną Melanią i córeczkami Matilde i Mariką.Na tą kolację przygotowałem specjalne białe wino z winnicy Gorghi Tondi o nazwie Ziller 47. Jest to białe wino ze szczepu grillo starzone w dębowej beczce przez 11 miesięcy. Wino zachwyca wszystkich,  jest niesamowicie bogate w aromaty a w smaku wręcz idzie w kierunku marsali. Spotkanie rodzinne w pełnej krasie, dużo hałasu, dzieci szybko się ze sobą integrują, mimo, że się nie rozumieją językowo😊 Czas szybko mija, umawiamy się na wizytę w Polsce i jak zwykle idziemy spać koło północy. Najciekawsze jest to, że dzieci Riccarda mają na 8 do szkoły, ale tutaj wszyscy są przyzwyczajeni do takiego trybu i późnych kolacji.

Dzień dziewiąty – 06.02.2023 (poniedziałek)

Ten dzień rozpoczynamy od umówionej na 8.30 rano wizyty u naszego producenta sycylijskich makaronów – Alberto Poiatti. Producent jest duży i bardzo znany na Sycylii, natomiast praktycznie nie występuje na kontynencie. Zostajemy przyjęci bardzo miło prze dyrektora sprzedaży Antonio, z którym udaje się załatwić 2 bardzo ważne sprawy: redukcję kosztów transportu z Sycylii na północ Włoch oraz reprezentacji ich firmy przez nas w Polsce w celu zwiększenia skali sprzedaży. Spotyka nas tu także bardzo miła niespodzianka, gdyż w pewnej chwili do biura wchodzi sam właściciel Pan Alberto Poiatti 😊 Następnie Antonio zabiera nas na wizytę na magazynie i części hali produkcyjnej, gdzie pracują nowoczesne roboty. W całym wielkim zakładzie zatrudnionych jest jedynie 30 osób. Zabieramy przy okazji małe zamówienie brakujących nam makaronów i wracamy do Bożeny na obiad.

Następnie jedziemy na degustację do naszej pierwszej sycylijskiej winiarni Privitera w Gravina di Catania, od której zaczęła się nasza prawdziwa przygoda z dobrym włoskim winem. Niestety nie ma właścicielki Sandry, gdyż jest dopiero w drodze powrotnej z Mediolanu. Pod koniec wizyty i po zrobieniu małych zakupów spotyka nas miła niespodzianka – pojawia się Sandra, która właśnie przyleciała Mediolanu😊

Po tej bardzo miłej wizycie jedziemy wieczorem do centrum Katanii aby zobaczyć pozostałości po święcie św. Agaty. Na ulicach jest jeszcze sporo śladów wosku po świecach a w jednym miejscu gdzie w ścianie budynku znajduje się za szkłem obraz św. Agaty, stoi mnóstwo palących się długich na metr świec. Niestety katedra jest zamknięta, mimo niedzieli i dopiero co zakończonego święta. Pozostaje nam zatem krótki spacer po centrum, kawa i lody dla dzieci.

. Niestety jest to przedostatni dzień naszej sycylijskiej przygody, gdyż jutro wyruszamy już w drogę na kontynent☹ Sycylia jak zwykle nas urzekła do tego stopnia, że postanowiliśmy w przyszłości kupić tam mały domek do remontu nad morzem i spędzać tam na emeryturze po kilka miesięcy w roku😊

Dzień dziesiąty – 07.02.2023 (wtorek)

Wczesnym rankiem jadę z Bogdanem na stację benzynową Ricccardo zrobić małe przemeblowanie w samochodzie oraz zatankować do pełna. Żegnam się z Bogdanem, który zostaje pilnować stacji, wracam do Bożeny na śniadanie, po którym wynosimy walizki i żegnamy się z Bożeną i szalonym pieskiem Vasco. Z dużym żalem ale też z ciekawością dalszej włoskiej  przygody wyruszamy do Messyny na prom do Kalabrii. Nie bylibyśmy jednak sobą, gdybyśmy na koniec nie zboczyli z autostrady aby odkryć jakieś nowe ciekawe miejsce. Tym razem skusiła nas niesamowita Savocca, położona na górze, do której dojazd jest pełną serpentyn wąską drogą. Ale to właśnie tutaj znajduje się słynny bar Vitelli, w którym kręcono sceny prośby o rękę Apolonii z Ojca Chrzestnego i który w zasadzie do dzisiaj się nie zmienił, przynajmniej z zewnątrz. W ogóle miasteczko to udawało w filmie Corleone, które jak wspominałem wyżej, nie ma już dzisiaj nic wspólnego z Corleone z tamtych czasów. Savocca natomiast jest stara i piękna – od razu wskoczyła na naszą listę ulubionych włoskich miejsc. Warto tu spędzić noc i poczuć atmosferę lat 50-tych i mafijnej rzeczywistości. Samo wejście do baru na kawę przyprawia o dreszcz emocji, podkręcany przez wystrój w postaci scen z filmu a także eksponaty takie jak krzesło na którym siedział sam Al Pacino. Na małym centralnym placyku stoi metalowy posąg filmowy na cześć Frencesco Coppoli, znajduje się kawiarnia i malutki sklepik z pamiątkami – niestety trafiamy na sjestę, choć bardzo chciałem sobie kupić pamiątkowy kieliszek z donem Corleone i mafijnym leworwerem jako uchwytem. No cóż, tutaj na pewno wrócimy na dłużej następnym razem.

Teraz już tylko zjazd na dół i w miarę krótka droga autostradą do portowej Messyny. Tu kupujemy bilet promowy na busa za 35 euro i przeprawiamy się do Kalabrii, do miesjcowości Villa San Giovani. Niestety z uwagi na późną porę i konieczność dotarcia do Matery w Basilicata na nocleg, nie spotykamy się z umówioną wcześniej koleżanką Dominiką Friedrich, prowadzącą blogi Sycylia i Kalabria bocznymi drogami. Nie udaje się też załatwić fig od naszego dostawcy Artibel, gdyż załoga rozchorowała się na Covid.

Stosunkowo głodni udajemy się do miasteczka Pizzo nad morzem, ale wszystkie bary są zamknięte. Oczywiście nie mogę sobie odmówić kąpieli morskiej w przyjemnej zatoczce, czym wzbudzam sensację wśród spacerujących i opatulonych w zimowe ubrania lokalsów. Dzieci po długiej podróży toczą walkę Capoeira na piasku oraz walczą na drewniane miecze😊

Wstępujemy do restauracji przydrożnej na obiad. Restauracja jest pusta i obsługa siedzi po ciemku. Najpierw mówią, że nie ma primo piatto, ale jak mówię, że jest nas 5 osób to okazuje się że jest, zapalają światło, szykują świeży i dobry posiłek makaronowy i oczywiście kasują 10 euro za samo coperto (stolikowe). Teraz już tylko wstępujemy do sklepu po drodze w Lamezia Terme, żeby kupić sobie produkty na kolację i śniadanie. Niesamowite jest to, ze nawet w Carrefurze przy wejściu znajduje się mały ołtarzyk z figurą ojca Pio i krzyżem.

Zmęczeni jak zwykle długą podróżą docieramy do naszego apartamentu w samym sercu kamiennego miasta Matera w regionie Basilicata. Klucze mamy w zaszyfrowanej skrytce przy drzwiach. Apartament jest nowiutki, w pełni wyposażony i luksusowy .Szybko nagrzewa się klimatyzatorami a łóżka są duże i wygodne. Oczywiście nie odmawiamy sobie butelki wina – w końcu w samochodzie mamy ich spory zapas😊

Dzień jedenasty – 08.02.2023 (środa)

To zupełnie wyjątkowy dzień, z jednej strony dlatego, że budzimy się w przepięknym i unikatowym na skalę światową średniowiecznym miasteczku, słynącym z domów w skalnych jaskiniach tzw. sassi, gdzie jeszcze do lat 50-tych mieszkali ludzie bez prądu, wody, kanalizacji. Teraz niektóre domki skalne zostały przerobione na apartamenty. Generalnie całe miasto wygląda jak z bajki, trudno znaleźć gdziekolwiek jego odpowiednik. Nie dziwne, że kręcono tu wiele hitowych filmów jak np. James Bond, Ben Hur, czy słynna Pasja Mela Gibsona. Tutaj też 2 lata temu odbywał się szczyt krajów grupy G20, podczas którego przypadkowo znaleźliśmy się w centrum zamkniętego miasta i jechaliśmy w kordonie policyjnym eskortującym VIP-ów, o czym pisałem w blogu z podróży do Apulii😊

Kolejny punkt programu to mała rodzinna winnica w Apulii, prowadzona niegdyś przez młodą joginkę z Mediolanu – Allesandrę Leone wraz z rodzicami. Teraz jednak Alessandra poświęciła się całkowicie jodze a winnica została na głowie jej rodziców, przy czym ojciec Alexander to prawdziwy pasjonat i enolog. Winnica słynie z doskonałego wg naszych klientów Primitivo a także Nero di Troia i Negro Amaro. Jednak najciekawszym winem jest Fiano Nero, produkowane ze szczepu Nero di Troia, którego winifikację Państwo Leone przeprowadzają w tradycyjnych glinianych kadziach. Niestety rodzice Alessandy są już starsi i widać, że ciężko im rozwijać winnicę, a do tego w ubiegłym roku primitivo nie nadawało się do produkcji dobrego wina i sprzedali wszystkie grona do przemysłowej winiarni. Udaje nam się zakupić kilkanaście kartonów, w tym kilka Negroamaro, którego już nie będą produkować. Mamy też okazje zobaczyć rodzinę pawii zamieszkujących p z osiadłość oraz zobaczyć te ptaki w locie po raz pierwszy w życiu. Próbujemy też pysznych dużych oliwek i oliwy, produkowanych na mikro skalę, oczywiście ekologicznie, głównie na własne potrzeby.

Po bardzo miłym spotkaniu udajemy się do Pompejów w Kampanii, do Sanktuarium Matki Bożej Różańcowej gdzie wstępujemy na krótką chwilę, gdyż godzina już późna a do miejsca noclegowego mamy jeszcze kawałek.

Nasze miejsce noclegowe na ten dzień przypada już w kolejnym regionie – Lacjum a dokładnie w bardzo przyjemnym i mało znanym Akwinie, tym z którego słynie św. Tomasz doktor kościoła😊 Mamy tu wynajęty przestronny apartament z prywatnym parkingiem i tutaj właśnie obchodzimy moje 45 urodziny. Zjadamy pyszne desery zakupione w tradycyjnej cukierni w Pompejach oraz wypijamy przedniej jakości wina z naszego magazynu samochodowego😊

Dzień dwunasty – 09.02.2023 (czwartek)

Rano po śniadaniu pora na szybkie zwiedzanie Akwinu. Najpierw udajemy się do kamiennego kościoła, który zwrócił naszą uwagę wczoraj wieczorem przy dojeżdżaniu na nocleg. Okazuje się, że to niezwykłe miejsce, tysiącletnie mury wyglądają niemal ja nietknięte przez człowieka, surowe wnętrze bez żadnych ozdobników oprócz kilku kolorowych witraży – jakże ciężko znaleźć teraz takie miejsca. Tu naprawdę można przenieść się w czasie i w głuchej ciszy (brak turystów) usłyszeć głosy średniowiecznych modlitw….Kościół ten to Santa Maria della Libera i powinien być zdecydowanie punktem obowiązkowym dla przejeżdżających w okolicy. Natomiast w centrum miasteczka znajduje się kościół pod wezwaniem św. Tomasza, ale on jest zdecydowanie młodszy i nie robi na nas wielkiego wrażenia. W miasteczku znajdziemy trochę zabytkowych domów oraz ruin wartych pospacerowania i oglądnięcia.

Opuszczamy Akwin, po drodze zatrzymując się w miejscu, z którego widać z oddali opactwo na Montecassino – tam niestety nie zdążymy dojechać tym razem. Kolejnym przystankiem na trasie jest wymierające miasteczko za murami Bagno Reggio, do którego droga prowadzi długim, ogromnym mostem. Miasteczko jest aktualnie w całości obiektem muzealnym, dlatego już przed wejściem na most należy uiścić opłatę. W środku nie ma już prawie lokalnych mieszkańców a przyszłość obiektu jest niepewna z uwagi na osuwające się zbocze góry na której stoi.  Z racji na małą ilość czasu decydujemy, że nie będziemy wchodzić, tym bardziej, że byliśmy już tam kiedyś i wiemy, że jest to tak piękne miejsce, że warto tam spędzić kilka godzin, spacerując po wąskich uliczkach, jak również zjeść coś dobrego w barze lub restauracji. Warto zobaczyć to miejsce póki jeszcze jest to w pełni możliwe. My robimy kilka pamiątkowych zdjęć tego niezwykłego miejsca i ruszamy dalej w kierunku Toskanii, gdzie naszym celem dnia jest kolejne niezwykłe miejsce – naturalne gorące źródła w środku lasu – Terme di San Filippo.

Nie bylibyśmy jednak sobą, gdybyśmy po drodze nie zjechali do kolejnego ciekawego miasteczka jakim jest Bolsena nad jeziorem Lago di Bolsena. To już jest miejsce mocno turystyczne ale zaletą podróży o tej porze roku jest to, że jest zupełnie puste, niemal jak wymarłe. Zjeżdżając w dół mamy widok na pięknie błyszczącą w promieniach wczesnopopołudniowego słońca taflę jeziora. Zatrzymujemy się na parkingu obok katedry św. Krystyny, miejsca niezwykłego bo słynącego z cudu eucharystycznego o takiej oto historii: „W 1263 r. z pielgrzymką do grobu Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Rzymie wyruszył z Pragi kapłan Piotr. Pielgrzymując znanym pątniczym szlakiem, zatrzymał się w Bolsenie (100 km przed Rzymem), by oprawić Mszę św. przy grobie św. Krystyny.Nie przypuszczał wówczas, źe Bóg wybierze to miejsce, aby objawić mu tajemnicę swojej eucharystycznej obecności, w którą on powątpiewał. Kiedy podczas Mszy św. łamał zgodnie z rytem konsekrowaną Hostię, ta niespodzianie zaczęła krwawić. Krew sączyła się po jego palcach i spłynęła na białe płótno korporału. Ksiądz zawinął hostię w korporał i chciał powrócić do zakrystii.Wtem kilka kropel krwi upadło na posadzkę. Piotr z Pragi zadrżał, krzyknął i stracił przytomność. Świadkowie cudu stłoczyli się wokół ołtarza, podziwiając pozostawiony na nim korporał z 25 śladami krwi Chrystusa. Ołtarz, przy którym miał miejsce cud, znajduje się do dziś w bazylice św. Krystyny w Bolsenie” (żródło: Adonai.pl) Minusem zaś podróży o takiej porze roku jest  to, że można przejść miasteczko wzdłuż i wszerz i nie można znaleźć nic do zjedzenia. Na centralnym placu jest jeden otwarty bar, prowadzony przez starszego pana, głównie ze słodkościami i kawą. Jedyną rzeczą na słodko są trójkątne kanapki w plastikowych opakowaniach. Jesteśmy jednak już tak głodni, że kupujemy co jest i w pięknym słońcu, na ławeczce na rynku spożywamy kanapki z tuńczykiem, popijając czerwonym winem Nero di Troia z Apulii, które na wszelki wypadek mieliśmy w plecaku😊

Po taki nietypowym lunchu udajemy się już prosto na źródła, choć jak zwykle docieramy tam już bardzo późno, bo koło godziny 16.00. Parkujemy auto na ulicy i stromą ścieżką schodzimy do lasu. Ludzi jest niewiele i nie bardzo wiemy gdzie iść, oni chyba też. Ania wyczytała, że im wyżej tym cieplej a temperatura sięga nawet 50 stopni. Udajemy się zatem w górę lasu i znajdujemy malutką nieckę pod wielkim drzewem w skalnej jaskince. Woda ciepła ale nie gorąca, miejsca idealnie jak na naszą piątkę. Po kilkunastu minutach idę z dziećmi jeszcze wyżej spenetrować teren i odkrywam kilka ładnych niecek, jednak woda ku naszemu zdziwieniu jest tam chłodniejsza a w niektórych miejscach zupełnie zimna, choć pięknego koloru a dno pokryte wapienną glinką, która jest podobno bardzo zdrowa na cerę. Wracamy do naszej ciepłej niecki i delektujemy się relaksem  leśnej ciszy. Nie daje nam jednak spokoju to, że woda miała być cieplejsza i miejsce na zdjęciach wyglądało nieco inaczej. Słońce powoli zachodzi, więc decyduję się z dziećmi aby zejść po rzece w dół i zobaczyć czy nie ma tam jeszcze czegoś. Jest zimno, temperatura spadła w okolice 0 stopni a my w kąpielówkach i na bosaka idziemy po zimnej rzece w dół. Już mamy prawie zawracać, gdy nagle przed nami w dole, pojawia się widok, który zapiera dech w piersiach. Oto nagle wyrosnęła w dole z prawej strony wielka wapienna biała jak śnieg skała, po której spływa gorąca, parująca woda a w niektórych miejscach utworzyły się niecki, niczym małe baseniki. Tutaj też zgromadziło się trochę lokalnych ludzi. Zostawiam dzieci w małym baseniku z gorącą wodą i biegnę z powrotem po Anię i Jurka. Po dotarciu z rzeczami na miejsce zrobiło się już szaro, ale białe wapienne skały dają naturalne oświetlenie. Siedzimy tam do późnego wieczoru, wszyscy ludzie już sobie poszli a nam trudno jest wyjść z tej przyjemnej kąpieli. Ja znajduję sobie wyżej wykutą w skale wannę w której jest naprawdę gorąco – faktycznie 50 stopni jak nic. Doświadczam tam niezwykłego uczucia, leżąc i obserwując gwiazdy na bezchmurnym niebie. Niestety ta rajska chwila ma swój koniec, wychodzimy z wody na niemal zamarzniętą ziemię i w ciemnościach szukamy swoich ubrań, położonych w lesie na ziemi. Skóra pachnie siarką, ogarnia nas przyjemne zmęczenie po gorącej wodzie, ale musimy jeszcze wrócić do auta, udać się gdzieś na kolację no i na nocleg, który jest zaplanowany na obrzeżach Florencji.

Zatrzymujemy się w małym miasteczku po drodze i idziemy do baru na pizzę, na którą czekamy dobre 45 minut, mocno już zmęczeni. Następnie dojeżdżamy koło 23.00 w okolice naszego noclegu, jednak właścicielka wysyła bardzo skomplikowany opis dojazdu jak również filmiki. I tu zaczyna się koszmar poszukiwania – najpierw wjeżdżamy wąskimi dróżkami, że ledwo bus się mieści na szczyt jakiegoś wzgórza z pięknym widokiem na oświetloną Florencję, ale okazuje się, ze to nie ta droga. Potem krążymy jeszcze jakieś pół godziny, aż w końcu patrząc dokładnie na filmiki (zrobione w dzień), krok po kroku udaje nam się dotrzeć do celu. Okazuje się, że jest to luksusowy apartament w starej kamienicy i jego wnętrze oraz widok z balkonu na oświetloną Florencję, wynagradzają wszelkie trudy. Szkoda, że jest tak późno, bo zaraz  po szybkim prysznicu udajemy się padnięci do łóżek.

Dzień trzynasty – 10.02.2023 (piątek) Rano otwieramy okiennice, delektujemy się widokami oraz jemy śniadanie przy ogromnym drewnianym stole. Niewątpliwą zaletą takich podróży poza sezonem jest możliwość nocowania w ciekawych i luksusowych miejscach w naprawdę rozsądnych cenach. W tym wypadku w sezonie cena apartamentu to 240 € za dobę, my zaś płacimy za nasza piątkę 80 €.

Czas wyruszyć dalej, tym razem do naszej znajomej winnicy Le Carezze w Terazzo w regionie Veneto, niedaleko Werony, która produkuje wyłącznie wina biologiczne z wyższej półki, jest to realizacja osobistej pasji właściciela Pana Luigi. Zostajemy bardzo miło przyjęci przez menadżerkę Ombrettę i właściciela. Degustujemy wszystkie wina, które są naprawdę fascynujące, znajdziemy tu między innymi  Sauvignon Kretos i  Malvasię jeśli chodzi o białe oraz Cabernet Volos (Urano) i Merlot (Vulcanus) jeśli chodzi o czerwone. Na koniec pora na deser w postaci totalnie obłędnego passito ze słynnego na Morawach szczepu Palava, którego słodycz jest idealnie zrównoważona wyrazistą kwasowością. Winiarnia się rozwija, sala degustacyjna to nowy obiekt, urządzony na najwyższym poziomie – miejsce obowiązkowe dla prawdziwych koneserów wina. Przy okazji miła niespodzianka – poznajemy adoptowanego syna Pana Luigiego, który jest wygrywającym konkursy muzyczne tenorem a lekcje pobierał u samego Andrea Bocelli. Kto wie, może właśnie poznaliśmy wschodzącą gwiazdę światowej sławy? 😊

Po tej rozkosznej chwili delektowania się unikatowymi trunkami w towarzystwie doborowych wędlin i serów jedziemy na mniej przyjemną część dnia, bo na małe zakupy w centrum handlowym gdzieś na trasie. Tam też w barze jemy lunch, który jak na miejsce w galerii jest naprawdę dobry. Ja zamawiam makaron z owocami morza a reszta towarzystwa pizzę. Niewiele udaje się kupić, raz ze względu na późną porę (niedługo przed zamknięciem) a dwa na niewielki wybór i prawie brak atrakcyjnych cen, do których jesteśmy przyzwyczajeni jeśli chodzi o buty, ubrania czy torebki.Trochę źli udajemy się na nasz ostatni nocleg we Włoszech w czasie tej podróży, oczywiście do naszej obowiązkowej przystani jaką jest agroturystyka Albafiorita w Latisanie w regionie Friuli. Tam czeka na nas w pokoju schłodzone najlepsze Prosecco Extra Dry od Dina, ciepełko i mega wygodne łóżka😊

Dzień czternasty – 11.02.2023 (sobota)

Po jak zwykle przepysznym i bogaty śniadaniu z najlepszych lokalnych produktów oraz po krótkiej rozmowie z właścicielem Dinem, ruszamy powoli w drogę powrotną do Polski. Najpierw krótka wizyta w centrum handlowym Udine Terminal Nord na małe zakupy i udajemy się do alpejskiego Tarvisio gdzie jeszcze na koniec mamy zaplanowane narty😊 Ośrodek narciarski znajduje się na zboczach góry Monte Lusari i oferuje naprawdę bogatą ofertę wyciągów i tras narciarskich. Z uwagi na małą ilość dostępnego czasu decyduję się pojeździć z dziećmi na dolnych wyciągach, natomiast Ania z Jurkiem udają się kolejką gondolową na sam szczyt Monte Lusari, gdzie znajduje się baza gastronomiczna oraz sanktuarium, wyglądające w śnieżnej scenerii bajkowo. Całości dopełnia piękne i niczym nie ograniczone słońce. Osobiście powiem, że miałem przyjemność pierwszy raz w życiu zakosztować jazdy w Alpach i powiem szczerze, że mimo tak krótkiego doświadczenia, rozumiem, dlaczego jak ktoś tego spróbuje nie chce już jeździć na naszych zatłoczonych i krótkich stokach. Tutaj mimo szczytu sezonu dzięki dużej ilości wyciągów ruch się rozkłada i w kolejkach się w ogóle nie stoi. Trasy są przygotowane idealnie, nawet na dolnych wyciągach bardzo szerokie, mogłem się bez żadnych przeszkód delektować długimi skrętami w pełnym carvingu na mojej gigantowej desce. Dzieci były zachwycone i nie chciały schodzić ze stoku po 3 godzinach jazdy. Dodatkowo zaskakują ceny karnetów, które są nieporównywanie tańsze niż w Polsce: karnet dla dzieci do 12 lat to 10€ na cały dzień na wszystkie wyciągi ! Karnet dla dorosłego to 25 € na cały dzień. Trzeba pamiętać tylko o tym, żeby albo mieć swoje własne ubezpieczenie OC albo wykupić w momencie kupowania karnetu, bo później jest to utrudnione a jest to wymóg i policja może to skontrolować, a już na pewno w momencie jakiegoś wypadku. Z doświadczenia powiem, że polskie polisy OC nie zawierają w standardzie wypadków na nartach a dodatkowa klauzula narciarska powoduje wzrost ceny ubezpieczenia o 100% (polska pazerność), gdy tymczasem wykupienie ubezpieczenia przy okazji zakupu karnetu to jedyne 1,5 € na dzień.

Po tym pełnym emocji zimowym dniu czas już wyruszyć do domu. Jak zwykle późno, jak zwykle trudno opuścić piękną o każdej porze roku  Italię. Dobrze, że jest nas troje kierowców, co pozwala na niemal ciągłą jazdę i dotarcie koło 2 rano w niedzielę do celu. Ilość wrażeń, które na zawsze pozostaną w pamięci jest ogromna, wszystko wiruje w głowie, będzie trudno powrócić do rzeczywistości na drugi dzień. Pociesza to, że na co dzień zajmujemy się włoskim biznesem a kolejna podróż, tym razem z turystami już w maju😊 Zapraszamy do śledzenia aktualnych ofert wycieczek na naszym podróżniczym portalu Buonviaggio, gdzie również można wynająć naszego niezawodnego busa Mercatino, także w komplecie ze skuterem Vespa Primavera 125 (na kat. B), do planowania własnych podróży w nieznane…A może nasze miejsca staną się dla Was inspiracją do wyruszenia i odwiedzenia. Tymczasem zapraszamy na zakupy do naszego sklepu online, gdzie oczywiście znajdziecie nowości z opisywanej wyprawy😊

www.mercatino.com.pl

© Rafał Dyduch